Różnej - Szkoła Językowa im. F. Konarskiego Des Plaines

Idź do spisu treści

Menu główne:

Kącik poezji
 
 


Piosenki z plecaka Helenki - znajdziesz  tutaj

Samotny biały żagiel

Są ludzie tak szczęśliwi, że o nic nie proszą...
Są nieba wciąż błękitne, które chmur nie noszą...
Są lądy nie znające zimy ani jesieni...
Są rzeki, w których woda szmaragdem się mieni...

Są drzewa, których zieleń staje się okrutna...
Są ptaki kolorowe jak Tycjana płótna ...
Są miasta wiecznie białe albo wiecznie złote...
Skazane od powicia na wieczną spiekotę!...
A ja bym chciał już wreszcie spojrzeć raz do góry

I ujrzeć szare niebo, a na nim szare chmury-
I z tych chmur, żeby deszczu szare krople błysły,
A tuż u stóp zmęczonych szare fale Wisły...
Szarym, jesiennym rankiem iść przez Marszałkowską,
Pod szarym niebem usiąść ze swoja szarą troską,
Znów się znaleźć w szarym wróbli tłumie

Ja, szary, prosty człowiek...
A świat nie rozumie.


Polskie dziecko

Spotkałem polskie dziecko. W New Yorku. Przypadkiem. W parku.
Podeszło, żeby godzinę sprawdzić na moim zegarku.
Lat miało sześć. Może osiem. I oczy, jak dwa bławatki.
Chłopiec z lnianymi włosami. W obejściu miły i gładki.
Ślicznie uśmiechnął się do mnie, z fantazją stuknął obcasem:
„My name is Peter” – powiedział i dodał, jakby nawiasem:
„I’m Polish”. Specjalnie wybił, podkreślił ostatnie słowo.
Polak?… Więc mówmy po polsku. Milcząco zaprzeczył głową.
A potem spuścił oczy, wykręcił się na pięcie
i odszedł. Raz jeszcze za mną obejrzał się na zakręcie
I zniknął. A mnie na sercu zrobiło się jakoś smutno…
Tak jakoś przykro i dziwnie… Poczułem żałość okrutną.
Widocznie człowiek do szpiku przesiąkł tą polską naturą
I głupi polski sentyment wciąż gdzieś tam nosi pod skórą…
Coś, co uciska na serce. Coś przez co łzawią się oczy…
A chłopiec taki był miły i wprost, jak rzadko uroczy.
„I’m Polish” mu się wyrwało. Ot losu złośliwość taka,
że akurat na mnie trafił, na upartego Polaka,
któremu żal się zrobiło jasnowłosego chłopczyka
Przez to, że nikt go nie chciał nauczyć tego języka.
Jakim od lat dziesiątek ojcowie jego mówili
W jego dalekim kraju. I nagle, w tej samej chwili
Przyszło mi na myśl dzieciństwo, moje chłopięce lata,
Ta moja młodość cudowna, beztroska, bujna, skrzydlata,
I tkliwie matki spojrzenie, gdym po skończonej wieczerzy
Powtarzał za nią półgłosem słowa wieczornych pacierzy…
Dziękuję Ci, moja matko, żeś mnie nauczyła tej mowy,
Która rosą się perli na wrzosowiskach o świcie…
Która wierzbami szumi, pachnie lasem sosnowym
I stokroć jest piękniejsza, niż moje tułacze życie.
Która słowiczym trelem dźwięczy w majowe noce
Albo śpiewem skowronka ulatuje do nieba…
Która słońcem rozbłyska i gwiazdami migoce
I ma w sobie smak miodu i razowego chleba…
Która dźwięczy w klawiszach Chopinowskim mazurkiem
I hejnałem mariackim dni minione przyzywa,
A za młynem, za groblą, za zielonym pagórkiem
Pastuszkową fujarką smętne piosnki wygrywa…

Która mową Kościuszki była i Mickiewicza,
Z niej Dąbrowski się zrodził i Pułaski jenerał,
Co choć obce granice polską szablą wytyczał,
Lecz tą mową oddychał – dla tej mowy umierał.
A dziś ja, tak jak tamci – zakochany w tej mowie
Poprzez losu koleje świat przemierzam z nią razem
I gdybym nieraz bezradny stawał w drogi połowie
Ona mi przewodnikiem była i drogowskazem…
Wszędzie, wszędzie ją słyszę i odczuwam, i widzę,
Od dzieciństwa nade mną rozbłyskuje, jak tęcza.
A, że znam ją i kocham – a że jej się nie wstydzę,
Żeś mnie jej nauczyła – Tobie, matko, zawdzięczam.
Wrócił chłopiec i przerwał dziwny tok moich myśli.
Usiadł przy mnie na ławce. Wiatr nad głową nam szumiał.
Opowiadać zacząłem o Warszawie… o Wiśle…
A on słuchał z przejęciem, choć niewiele rozumiał.
I przesiedział tak ze mną długo. Pewnie do zmroku.
Wstałem z ławki i rzekłem: „Czas nam iść, panie Piotrze…”
A on dojrzał widocznie głupią łzę w moim oku:
„Don’t cry…” – szepnął, i dodał: „I am Polak…” – i odszedł.

Nieznany wiersz

Chleb Kulikowski

Chleb kulikowski trochę mniejszy
z chlebów na świecie najpyszniejszy.
Skórkę miał cienką i trzeszczącą,
ciemnobrązową - jakby lśniącą.
A pod tą cienką warstwą skórki
właśnie dziurka koło dziurki,
bo to specjalne ciasto było,
że właśnie dziurki te robiło.
A z ciastem kminek był zmieszany,
a wszystko takie dobre, rany!
że się opisać nie da tego chleba,
bo jak opiszesz na przykład: smak nieba?
Mama wpierw krzyża znak zrobiła,
nim go na pajdy pokroiła.
Brałem go zawsze też do szkoły.
Czasem był z smalcem, czasem "goły".
Osładzał mi studencką dolę,
czekając na mnie sam na stole
nieraz do nocy, inna sprawa:
czekała jeszcze w rurze kawa.
Mijały lata długie, chlebie,
już zarabiałem sam na siebie
i losy były już łaskawsze,
ja cię jednego czciłem zawsze.
Jak świętość cię do rąk mych brałem
i jak upadłeś, całowałem...
Pamięć o tobie będzie we mnie żyła
zawsze i wszędzie - choć nas rozdzieliła
ręka przeznaczeń na wszystko nieczuła!
Ciebie już nie ma - a ja? wciąż się tułam.
Nieraz gdy wieczór gwiazdy zamigocą,
modlę się cicho o co? o co? o co?
Gdy "chleba naszego" przed tron płynie Boski,
On wie, o co się modlę, On wie, że o chleb lwowski.


Rozmowa

Można w kraju żyć swobodnie,
Gdy się dobrze język zna.
Ale czasem jest wygodniej,
Gdy się zna języki dwa.
Ja do Ciebie po angielsku,
Ty po polsku do mnie mów!
Może nam się kiedyś przydać
Tych niewinnych parę słów:
 
Dzień dobry! Good morning!
Dobranoc! Good night!
Jak się masz? How are you?
W porządku! All right!
Bądź wesół! Be happy!
Ja robię! I do!
To miło! It’s lovely!
Dziękuje! Thank you!
 
Ty rozumiesz, ja rozumiem,
Wiem dokładnie czego chcesz,
Parę słów angielskich umiesz
I ja parę polskich też.
Już się łatwiej dogadamy,
Już ten mur milczenia znikł!
Już trudności tych nie mamy,
By się porozumieć w mig:
 
Ja kocham! I love you!
Twe oczy! Your eyes!
Na zawsze! Forever!
To pięknie! That’s nice!
Ty jesteś! You are!
Mym słońcem! My sunshine!
Mą gwiazdą! My star!
 
Jak przyjemnie
I jak miło
Taki zapas słówek mieć.
Nie na darmo się mówiło:
Chcieć to móc, a móc to chcieć!
Doczekamy tego dnia,
Że będziemy mogli wszędzie
Porozumieć się raz dwa:
Jak cicho! How quiet!
Dokoła! Around!
Wiatr wieje! The wind blows!
Bezgłośnie! No sound!
Lśni księżyc! The moon shines!
Na dworze! Outside!
Pocałuj mnie! Kiss me!
Dobranoc! Good night!


To takie jasne i proste
 
To takie jasne i proste. 
Takie zwyczajne – wiecie.
Różnych sposobów na szczęście
Szukacie po całym świecie.

Chodzicie jak w malignie,
Jak zahipnotyzowani… 
A szczęście jest niedaleko -
W was samych, moi kochani!

Pan Bóg te wszystkie sprawy
Wyjaśnił wiele lat temu
Dokładnie i szczegółowo.
I wytłumaczył każdemu,

Że szczęścia nie trzeba szukać,
Że ono w sercu się mieści -
Nie w złocie i nie w pieniądzu,
Który banknotem szeleści.

To takie jasne i proste:
Bądź skromny, dobry, uczciwy! 
Człowiekiem bądź - a zobaczysz
Jaki ty będziesz szczęśliwy!

Pan Bóg to dawno powiedział 
Do wszystkich ludzi na świecie - 
Tylko że wy Pana Boga
wciąż jakoś słuchać nie chcecie.

To takie jasne i proste
Takie zyczajne – wiecie.
Różnych sposobów na pokój 
szukacie po całym świecie.

I tu, i tam, i gdzie indziej 
Milion pomysłów się rodzi! 
Wciąż o pokoju mówicie -
A wciąż wam wojna wychodzi!

A Pan Bóg te wszystkie sprawy 
Wyjaśnił dawno ludzkości:
Że pokój – pokój prawdziwy,
To tylko kwestia miłości!

To tylko „nie zabijaj”.
To tylko „kochaj bliźniego”.
I już masz pokój - sam w sobie.
Czy może być coś prostszego?

Czy musi ciągle w człowieku
Tkwić ta pokusa diabła,
Żeby człowieka innego
Dźgnąć nożem – jak Kain Abla?...

Pan Bóg to dawno powiedział
Do wszystkich ludzi na świecie.
Tylko wy Pana Boga
Wciąż jakoś słuchać nie chcecie!

W tych boskich najprostszych sprawach
Tkwi prawda jedna i druga…
Bo ja cóż - zwykły śmiertelnik
Niewolnik boży i sługa.

Tyle że razem z piosenką,
By raźniej było – w duecie -
Chodzę od domu do domu,
Wędruję po całym świecie…

Melodią do drzwi zapukam,
Przystanę na chwilę w progu,
I ludziom opowiadam
Raz jeszcze o Panu Bogu.

I o tej prawdzie najprostszej,
Że od nich samych zależy
I własne szczęście  - i pokój,
Że ten szczęśliwy kto wierzy.

Feliks Konarski  „Bajka o  wróbelkach”
 
Spotkaly się dwa wróbelki,
Jeden mały – drugi wielki.
Nie za wielki - większy trochę.
Oba szare, oba płoche,
Oba  były po śniadanku –
Siadły zatem na krużganku,
Bo wróbelek, gdy nie dziobie,
Lubi poplotkować sobie.
Ale z plotek nic nie wyszło,
Bo, gdy do ćwierkania przyszło,
Wówczas ten wróbelek mniejszy
Jako że był nietutejszy
Po angielsku nie rozumiał,
Bo po polsku ćwierkać umiał.
A ten większy też niemowa,
Bo po polsku ani słowa.
Więc skończylo się ćwierkanie,
które obaj mieli w planie.
Większy ćwierknął od niechcenia:
„Good bye” – mniejszy: „ Do widzenia”.
I w dwie strony odleciały,
I ten większy i ten mały.
Prosty morał stąd wynika
Dla Polaka i Anglika:
Że dobrze umieć jest czasami
Ćwierkać dwoma językami.
 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego