Informacje - Szkoła Językowa im. F. Konarskiego Des Plaines

Idź do spisu treści

Menu główne:

Konkurs wiedzy o Konarskim
                                         Dodatkowe informacje

Powojenna emigracja Polaków. Dla setek tysięcy Polaków znajdujących się na terenie Niemiec, Włoch czy Anglii koniec II wojny światowej nie oznaczał, że mogli oni spokojnie i bez przeszkód wracać do kraju. Różne były ich drogi i powody dla których znależli się na Zachodzie Europy. Jedni zostali wywiezieni do Niemiec do obozów koncentracyjnych albo do przymusowej pracy  w gospodarstwach rolnych czy fabrykach. Inni zabrani z własnych domów i w bydlęcych wagonach przetransportowani do obozów pracy na Syberii albo do Kazachstanu. Dopiero powstanie armii Andersa umożliwiło im opuszczenie „nieludzkiej ziemi”. Ci, którym się to udało razem z polskim wojskiem dotarli do Włoch, a potem do Anglii.
Powrót do kraju dla większości był niemożliwy i oznaczał prześladowania, długoletnie więzienie, a nawet śmierć. 
Z drugiej strony zniszczona wojną Europa nie była w stanie zapewnić pomocy ogromnej rzeszy pozbawionych swojej ojczyzny ludzi.  W państwach zachodniej Europy wzrastała także niechęć do „obcych przybyszów”. Pewnym rozwiązaniem był ich wyjazd do państw na innych kontynentach.
Dzięki ustawie amerykańskiego Kongresu „The Displaced Persons Act” uchwalonej w 1948 roku  z powojennej Europy przybyło do USA kilkaset tysięcy emigrantów. W tej grupie znaleźli się również Polacy: dawni jeńcy wojenni, przymusowi robotnicy, więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych i łagrów sowieckich, zdemobilizowani żołnierze z rodzinami. W grupie powojennych emigrantów znalazł się także Feliks Konarski i jego żona Nina Oleńska.     

Czerwone maki – tytuł audycji radiowej prowadzonej  w Chicago od 1968 roku przez Feliksa Konarskiego. Nadawana ona była w każdą niedzielę od 10.00 do 11.00 rano.

rewia – widowisko teatralne będące przedstawieniem rozrywkowym złożonym z krótkich scenek i numerów estradowych. Składa się ze scenek humorystycznych (skeczów i monologów) oraz wykorzystuje elementy tańca i piosenki.

teatr rewiowy – teatr, którego specjalnością są programy rewiowe, wypełnione muzyką, popularnymi piosenkami i występami tanecznymi

teatr objazdowy - teatr niemający stałej siedziby, dający przedstawienia w różnych miejscowościach

Pomocnicza Służba Kobiet (PSK, Pestki) polska pomocnicza formacja wojskowa działająca podczas II wojny światowej. Powstawała pod koniec 1941 z inicjatywy gen. Władysława Andersa na terenie Związku Sowieckiego. Do zadań kobiet (Pestek) służących w PSK należało: opatrywanie rannych, obsługa szpitali i kuchni, praca w szkołach dla sierot wojennych. Pestki pracowały również jako sekretarki w sztabach. W momencie najwyższej liczebności w szeregach PSK służyło ok. 7 tysięcy ochotniczek.

Konrad Tom (Konrad Runowiecki) – polski scenarzysta, piosenkarz, reżyser filmowy, aktor kina polskiego oraz żydowskiego, autor tekstów kabaretowych i słów wielu piosenek. 
          
 



                                                                           Des Plaines, 27 stycznia 2017
  

Szanowni Państwo, Dyrektorzy i Wychowawcy klas!
 
W bieżącym roku szkolnym przypadają dwie ważne rocznice związane z postacią Patrona naszej szkoły – Feliksa Konarskiego: 110. rocznica urodzin i 25. rocznica śmierci. W związku z tym zapraszamy uczniów szkół polonijnych do udziału 
w konkursie, któremu towarzyszyć będą słowa Wojciecha Młynarskiego przygotowane na powitanie tego artysty w Polsce:
 
Twe piosenki są sercem pisane
Jednym sercem, stęsknionym, gorącym
A piosenkę dla Ciebie, Ref-Renie kochany
Serc powinno napisać tysiące...


Celem konkursu jest przybliżyć uczniom postać Feliksa Konarskiego, a poprzez jego losy i dokonania fragment historii Polonii w Chicago. Konarski – aktor, poeta, reżyser – przez większą część życia był emigrantem i tułaczem. Z wojskiem generała Andersa przeszedł wojenny szlak polskiego żołnierza przez: Rosję, Iran, Irak, Palestynę ,Włochy i Anglię. Zdobył nieśmiertelność pieśnią „Czerwone maki na Monte Cassino”.
 
Feliks Konarski (Ref-Ren) jest również autorem setek innych wierszy i wielu popularnych piosenek, a także komedii muzycznych, widowisk, programów okolicznościowych...  Po II wojnie światowej mieszkał i tworzył poza Polską: w Londynie, Paryżu oraz w Chicago. Nazywano go „kronikarzem i bardem emigracji”, gdyż w swojej  twórczości wyrażał jej myśli, nastroje i uczucia. Polakom rozsianym po całym świecie dawał „polskie słowo okraszone odrobiną humoru i szczyptą sentymentu”.                                                                                                                                                                                         
 
Regulamin konkursu
 
1.     Konkurs składa się z dwóch części:
        - etapu szkolnego,
        - finału międzyszkolnego.
 
2.     W konkursie uczestniczą uczniowie klas VII-VIII szkół podstawowych
        oraz uczniowie klas I-II liceum.
 
3.     Etap szkolny. Konkurs szkolny przeprowadzają poszczególne szkoły w/g 
        własnego  uznania (test, praca konkursowa) i wyłaniają trzech 
        finalistów – reprezentantów szkoły w finale międzyszkolnym.
 
4.     Finał międzyszkolny odbędzie się 25 marca 2017 roku w siedzibie Polskiej Szkoły 
        im. Feliksa Konarskiego przy 1880 Ash St., Des Plaines, IL 60018.
 
5.    Finalistów obowiązuje następujący zakres wiadomości:
 
        - życiorys Feliksa Konarskiego,
        - najważniejsze daty z jego życia: 1907, 1944, 1965,1983, 1991,
        - twórczość: rodzaj twórczości, tytuły kilku wybranych piosenek, tytuły   
          kilku wybranych wierszy,
        - dokładna znajomość dwóch spośród załączonych wierszy: treść, wzorowe
          czytanie jako przygotowanie do recytacji,
        - znajomość miejsc (omówienie, wskazanie na mapie) związanych 
          z życiem Feliksa Konarskiego: Kijow, Warszawa, Lwów, Irak, Iran,  
          Palestyna, Monte Cassino, Londyn, Chicago,
        - znajomość ludzi związanych z Konarskim: Nina Oleńska, Konrad Tom,
          Alfred Schultz, Gwidon Borucki, aktorzy „Teatru Ref-Rena”,
        - znajomość nazw i pojęć: „Polska Parada”, Ochotniczka Helenka, Ref-Ren,
          „Czerwone maki na Monte Cassino”, rewia, „Teatr Ref -Rena”, emigracja
        - znajomość ilustracji i informacji z nimi związanych
 
6.     Finały będą miały formę gier, konkursów, quizów dotyczących życia
        i twórczości Feliksa Konarskiego.
 
 
7.     Nagrody. Wszyscy uczestnicy otrzymają pamiątkowe dyplomy i drobne
        upominki.
        Na laureatów I, II, III miejsca czekają cenne nagrody rzeczowe lub pieniężne.
 
 
 Zgłoszenia do konkursu należy nadsyłać do 11 marca 2017 roku
 
   a) na adres pocztowy:                                 
                                                Feliks Konarski Polish School
                                             c/o Anna Witowska
                                            1507 W. Willow Ln.
                                                       Mount Prospect, IL 60056
 
   b) lub na adres e-mailowy szkoły: konarskips@gmail.com
 
 
Dodatkowe informacje można uzyskać telefonicznie:
    Anna Witowska: 847-437-9833   Anna Siek: 773-954-9814
 lub droga e-mailową: konarskips@gmail.com
 
 
                                                        Anna Witowska, dyrektor Szkoły
Feliks Konarski 
Kalendarium życia i twórczości 

1909-1939 Polska
9 stycznia 1907 –  Feliks Konarski się urodził 
1921 – przyjazd do Warszawy
1925 – debiut literacki
1931 – ślub z Niną Oleńską
1934 – założenie teatrzyku rewiowego Wesoły Murzyn

1940-1942 – Rosja Sowiecka i Bliski Wschód
1941 – wstąpienie do Armii Polskiej  gen. Andersa
1942-1943 – na szlaku II Korpusu: Iran, Irak, Palestyna, Egipt
1942 – pierwsze przedstawienie Teatru Żołnierza Polskiego w Teheranie

1943-1946 – Włochy
17/18 maja 1944 – pieśń Czerwone maki na Monte Cassino
1946Piosenki z plecaka Helenki

1947-1964 – Anglia
1961Historia „Czerwonych maków”
1961-1963 – prezes ZASP za Granicą

1965-1991 – Chicago
1967 Miłość w moim życiu. Wspomnienia.
1968 – audycja radiowa „Czerowne maki”
1970 – początek działalności „Teatru Ref-Rena”
1972 Wiersze sercem pisane t. I
1983 – śmierć  żony, Niny Oleńskiej
1990 – odznaczenie Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski
12 września 1991 – śmierć Feliksa Konarskiego
16 września  1991 – pogrzeb i pochówek na cmentarzu Maryhill w Niles
1994 – odsłonięcie tablicy pamięci Feliksa Konarskiego – Fundacja  
 Kopernikowska 
1988  Wiersze sercem pisane t. II
2004 Czerwone maki na Monte Cassino. Wiersze i piosenki 1939-1945


 
Ref-Ren (Feliks Konarski) żył, by radować innych
Andrzej Azarjew   „Dziennik Związkowy”, 20-22 września 1991
 
Urodził się na siedem lat przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Miał lat 13, gdy armia polska odpierała bolszewików spod Warszawy. Pochodził z Kresów Rzeczpospolitej, dokładnie z Kijowa, gdzie dotąd jeszcze mieszka jego brat.
Po pierwszej wojnie światowej zawierucha wojenna zagnała go do stolicy Polski, gdzie w okresie wczesnego międzywojnia zaczął studiować weterynarię. Tu też w latach 1920-tych zabłysnął jego talent twórczy, który rozwinął się później na estradach Warszawy, Lwowa i wielu innych większych i mniejszych miast Polski międzywojennej. Był przede wszystkim autorem tekstów pisanych z myślą o estradzie, a więc piosenek, dialogów, skeczów i komedii. Miał olbrzymią łatwość tworzenia. W większości były to teksty, które zapadały w pamięć, wiele z nich równie łatwo – ulatywało z pamięci.
Wybuch drugiej wojny światowej zastał  Ref-Rena – Feliksa Konarskiego we Lwowie. Przez pewien czas kontynuował występy ze swoim zespołem w Lwim Grodzie pod okupacją sowiecką. W roku 1941 zespół otrzymał zaproszenie na występy do Związku Sowieckiego (odmowa na to zaproszenie groziłaby przypuszczalnie poważnymi konsekwencjami). W Związku Sowieckim zastał polskich artystów wybuch wojny niemiecko-sowieckiej. Po zawarciu paktu Sikorski- Majski zaczęła powstawać w Rosji armia polska. Polscy artyści ze Lwowa dołączyli do późniejszego II Korpusu pod wodzą gen. W. Andersa.
Na Bliskim Wschodzie powstał zespół pn. „Polish Parade”. Kierował nim Ref-Ren, a  w jego skład wchodziło wielu artystów przedwojennych, m.in. Nina Oleńska, Renata Bogdańska (poźniejsza żona gen. Andersa). Przez parę następnych lat zespół występował na rzecz wojska, towarzysząc II Korpusowi na Bliskim Wschodzie, a później we Włoszech.
Przełomowy moment w życiu i twórczości Ref-Rena nastąpił jednak dopiero w dniu 18 maja 1944 roku. Wtedy to właśnie w nocy, 
w kilka godzin po odniesieniu zwycięstwa pod Monte Cassino, napisał Ref-Ren swe wiekopomne „ Czerwone maki”. Z pewnością nie przypuszczał wtedy, że po wielu latach śpiewać będą tę pieśń Polacy w Kraju, w Wielkiej Brytanii, w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, we wszystkich krajach i na wszystkich kontynentach. „Czerwone maki” trafiły pod strzechy w dosłownym  tego słowa znaczeniu. Ref-Renowi udało się to, o czym marzyło od dawna wielu twórców. Żadna chyba inna pieśń polska, żaden inny utwór nie zyskał takiej popularności w okresie ostatniego półwiecza. Nazwę Czerwonych maków na Monte Cassino noszą w Polsce ulice, zakłady, itd.  Na temat „Maków” (zakazanych przez długie lata w Polsce powojennej) – pisze się obecnie artykuły i tworzy spektakle.
Czy Ref-Ren byłby bez tej pieśni tym – kim stał się dzięki niej? Wątpię. Wszedł do literatury, do historii kultury – dzięki „Czerwonym makom”. „Czerwone maki” stały się legendą, a ich autor częścią tej legendy. Napisana przez Ref-Rena pieśń utrwaliła zwycięstwo oręża polskiego pod Monte Cassino. Spopularyzowała je w szerokim zakresie. Przypomina o nim ciagle i będzie przypominać.
Bez pieśni o „Czerwonych makach” Ref-Ren byłby znany jako autor setek piosenek i wierszy, z których wiele jest popularnych, choć ich autorstwo nie zawsze kojarzy się z osobą Ref-Rena.
Po wojnie prowadził swój własny teatr rewiowy (przez pewien czas wraz z Marianem Hemarem) w Londynie. Były to lata zawiedzionych nadziei i frustracji. W roku 1955 przybył wraz ze swoim zespołem, w którym występowali oprócz Ref-Rena i Niny Oleńskiej, znany przedwojenny piosenkarz Tadeusz Faliszewski wraz z żoną i Zofią Terne, do Chicago. „Pięcioraczki londyńskie” sprowadził Jan Wojewódka.
Pamiętam dokładnie wrześniowy weekend na Trójcowie – salę wypełnioną do ostatniego miejsca, głównie przybyłą niedawno z Anglii i Niemiec bracią żołnierską. Ref-Rena w mundurze i przy orderach, ochotniczkę Helenkę (Ninę Oleńską). Oklaskom nie było wtedy końca. W późniejszych latach Ref-Renowie zjawiali  się w Chicago coraz częściej, aż gdzieś na początku lat 1960-tych postanowili zamieszkać tu na stałe. Tak powstał Teatr Ref-Rena, który przetrwał prawie ćwierć wieku. Jak na razie – ostatni polski teatr w Chicago. Do zespołu dołączyli prawie wszyscy miejscowi artyści polonijni, choć istnialy w tym czasie jeszcze inne teatry, a wiec śp. Zygmunt Kossakowski, Stefan Wicik, Monika Silvan, Zygmunt Szepett, później – Barbara Kożuchowska, Julitta Mroczkowska, Barbara Denys, Ryszard Krzyżanowski, Andrzej i Liliana Piekarscy, Henryk Wawrzyczek.
Poczynając od lat 1960-tych Teatr Ref-Rena zaprezentował setki przedstawień. W przeważającej większości były to rewie, składanki, ale nie brakło też komedii, a nawet przedstawień o treści dramatycznej. Ref-Renowie uczestniczyli w setkach obchodów, akademii, opłatków i święconek.
W styczniu 1983 roku pożegnała Ref-Rena na zawsze jego długoletnia towarzyszka życia, Nina Oleńska. Był to cios ogromny. Nie załamal jednak Ref-Rena. Po pewnym czasie potrafił zebrać się w sobie, uodpornić. Nadal pracował, tworzył, występował. Często nawiązywał w swojej twórczości do pamięci Oleńskiej. Poświecił jej osobie wiele utworów i cały spektakl pt. „Rozmowy z Niną”.
Nie dane było twórcy „Czerwonych maków” ujrzeć ponownie ukochanej Warszawy, którą opuścił przed przeszło pół wiekiem. Nie był w Polsce po wojnie. Przez wiele lat czekał, aż zniknie z mapy PRL i nastanie znowu wolna Polska. Doczekał się tego momentu dwa lata temu. Zdecydował się pojechać. Polska czekała na autora „Czerwonych maków”. Przyjmowany byłby nad Wisłą prawdziwie po królewsku. W ubiegłym roku przyszło oficjalne zaproszenie ze środowisk artystów. Zaproponowano Ref-Renowi zorganizowanie 
w Polsce serii wieczorów autorskich. Wszystko było już załatwione. Pierwsza – po 51 latach – podróż Ref-Rena do Polski miała odbyć się jesienią bieżącego roku.
Ostatnich kilka miesięcy było nieubłaganym wyścigiem z czasem, a raczej ... ze śmiercią.
Straszna, nieuleczalna choroba, na którą ciagle nie wynaleziono ratunku, zaczęła czynić w organiźmie człowieka, który nie chorował nigdy przez przeszło osiemdziesiąt lat – spustoszenie. Trzeba było zaniechać planów wyjazdu do Polski. A może należy powiedzieć, że podróż, która trwała 52 lata – została przerwana. Ref-Ren nie dojechał nad Wisłę,... ale tylko w sensie fizycznym. Już dawno, przed tym, dotarły tam jego słowa i pieśni, dotarły „Czerwone maki”, pieśń, która stała się nieśmiertelna. Tam chyba, nad Wisłę – wędrowały jego myśli w ostatnich minutach życia. Tam też chyba zostały.
Na grobie jego zakwitną kiedyś czerwone maki, czerwieńsze od wszystkich innych.
 
Feliks Konarski – Ref-Ren

Ref-Ren to najbardziej niezwykły, zabawny a zarazem sławny pseudonim sceniczny w polskim teatrze. Należy do Feliksa Konarskiego. Nadany mu przez Konrada Toma na początku kariery artystycznej w Warszawie szybko się przyjął. Wprawdzie Zula Pogorzelska, dla której Konarski pisywał piosenki, uznała go za niedorzeczny i stale przekręcała nazywając „zwrotką”, ale to niczego nie zmieniło. Wkrótce „Wiosnę” i „Pięciu chłopców z Albatrosa” śpiewała cała Polska. Pseudonim skrojony przez przyjaciela, rozstrzygnął chyba o przyszłości i karierze Feliksa Konarskiego, którego piosenki-refreny trafiały nie tylko do melomanów, ale przede wszystkim do szerokich mas Polaków, do żołnierzy i emigrantów i ciągle jeszcze wracają dowcipnym słowem i piękną melodią. Ten szlachetny stop zręcznego pseudonimu, talentu i pracowitości ciągle olśniewa ilekroć pochylimy się nad utworami Ref-Rena.
...
Tylko tam
Słońce świeci inaczej niż tu...
Tylko tam
Słowik śpiewa piosenki do snu...
W jasną noc
Księżyc puka dyskretnie do bram...
Tylko tam każdy z nas
 Nie był smutny i sam...
Tylko tam
Wisła bije falami o brzeg...
Tylko tam
Są konwalie i śnieg...
Wiosna kwitnie jaśminem
A jesień pachnąca jak kwiat...
Tylko tam
Jest twa młodość, twe szczęście, twój świat!
 
Feliks Konarski urodził się 9 stycznia 1907 roku w Kijowie w polskiej, szlacheckiej rodzinie o tradycjach patriotycznych. Jako czternastoletni chłopiec zapamiętał rok 1921 – wycofujące się oddziały tatarskiej jazdy i błękitnych Hallerczyków. To matka kazała mu przekraść się przez „ zieloną granicę” do Warszawy i służyć pięknie Ojczyźnie. Do krewnych w stolicy doszedł pieszo z zaszytymi w podszewce kilkoma banknotami. Tutaj skończył gimnazjum, włożył białą czapkę studenta Uniwersytetu Warszawskiego i zapisał się na wykłady na polonistyce, a potem weterynarii. Jeszcze  w okresie studenckim zaczął komponować. Pociągał go kabaret i muzyka, której przecież nigdy nie studiował. Był samorodnym talentem i do polskiej sceny dochodził drogą wyjątkowej pracowitości. Pierwsze teksty kabaretowe skierował do najsłynniejszego warszawskiego teatrzyku „Qui pro Quo”. W 1929 roku Konrad Tom wstawił do programu w teatrze „Nowości” piosenkę „Wiosna, wiosna jest nareszcie” i już od tego momentu jego muza towarzyszyła na scenie najsłynniejszym artystom przedwojennego kabaretu: Zuli Pogorzelskiej, Lenie Żelichowskiej, Fryderykowi Jarossy’emu, Zofii Terne, Marianowi Rentgenowi i wielu innym. Pisał również teksty i muzykę dla teatrzyku objazdowego Dobrowolskiego i Cieleckiego, a czasem całe programy rewiowe.
W tym właśnie okresie doszło do spotkania z Niną Oleńską. Jechali pociągiem na trasie Warszawa – Piotrków Trybunalski. Po nawiązaniu rozmowy okazało się, że oboje zmierzają do Piotrkowa. Oleńska pochwaliła się, że będzie tam występować. „Tylko te piosenki, co mam śpiewać  – mówiła – nie bardzo mi się podobają. Nie wie pan przypadkiem, co to za idiota napisał coś takiego: „Gdzie jest twój tata, smarkata”? A na to siedzący z banjo pod pachą Konarski: „Owszem, wiem. To właśnie ja jestem tym idiotą!” Wkrótce po tym komicznym spotkaniu doszło do małżeństwa, które przez 50 lat stworzyło legendę Refrenów i w świecie polskiej estrady należało do zupełnie wyjątkowych.
 
Po udanych występach w lwowskim kinie „Colosseum” w 1934, Ref-Ren postanowił założyć z gronem pracujących z nim artystów, teatr dla potrzeb prowincji. Tak powstał wędrowny zespół rewiowy pod nazwą „Wesoły Murzyn”, który objeżdżał miasta i miasteczka Małopolski.
 
Wojna zastała Konarskiego we Lwowie. W tym czasie nie mógł wrócić do Warszawy, bo był przez Gestapo ścigany za balladę o Hitlerze, prezentowaną w stolicy przez Chmurkowską. Z ocalałych resztek „Wesołego Murzyna” i napływających z Warszawy uciekinierów stworzył kolejny zespół („prawdziwy kwiat polskiego kabaretu”) w kinoteatrze „Stylowy”. Niestety, po kilku miesiącach władze sowieckie, na ogół łagodniej traktujące artystów, zabroniły występów i zamknęły teatry. Przed aktorami pojawiła się groźba aresztowań i wywózek. Szczęśliwym trafem napotkany kolega Ref-Rena wprowadził go, 
a potem pozostałych, do amatorskiej orkiestry kolejarzy lwowskich będących teatralizowaną formą zespołu jazzowego. Niebawem 26-osobowa grupa osiągnęła takie wyniki, że władze sowieckioe zaproponowały artystom objazd po miastach rosyjskich. Cóż było robić? Z programem złożonym z pantonimy, tańców i muzyki wysłani byli w głąb Rosji w charakterze „białych kruków” z Zachodu. Jeździli pociągami, w których mieszkali i w których przygotowywali przedstawienia. Z orkiestrą kolejarzy Ref-Ren odwiedził też rodzinny Kijów i po 20 latach rozłąki zobaczył się z matką. Było to ich ostatnie spotkanie.
 
Gdy wybuchła wojna niemiecko-rosyjska zespół przebywał w okolicach Stalingradu. Władze sowieckie rozwiązały grupę. Przywykły do trudnych warunków zespół Ref-Rena przetrzymał i tę próbę poniewierki i głodu.
 
Na nieludzkiej ziemi
Gdzie tłum aniołów po łagrach się tłoczy
A Bóg ma skośne azjatyckie oczy...
A przecież nikt z nas nie tracił na duchu,
Choć duch tkwił wówczas w zawszonym kożuchu...!
 
Po podpisaniu układu Majski-Sikorski i ogłoszeniu amnestii w 1941 roku, resztki zespołu Konarskiego odbyły niebezpieczną, długą, ale pełną nadziei wędrówkę do Tockoje, do tworzącej się pod dowództwem generała Andersa Armii Polskiej na Wschodzie. Ref-Renowi powierzono zorganizowanie i prowadzenie Teatru Żołnierza. I tak zaczęła się historia „Czołówki Rewiowej”, „Theatre du Soldat Polonais” i „Polskiej Parady”.  W Buzułuku w grudniu 1941 roku powstał Teatr Polowy Kazimierza Krukowskiego, popularnego Lopka. Oba zespoły występowały później często razem, zwłaszcza dla obcojęzycznej publiczności jako „Polish Parade”. Gwoli ścisłości należy dodać, że artyści dramatyczni uformowali swój teatr dopiero w Bagdadzie w maju 1943 roku. Na czele Teatru Dramatycznego Armii Polskiej, a poźniej 2. Korpusu stali: Jadwiga Domańska i Wacław Radulski.
 
Teatr Ref-Rena wypełniał powierzone artystom przez gen. Andersa zadanie – pokrzepiania żolnierskich serc i zagrzewania do walki. Jeszcze w Rosji Sowieckiej, w 1942, zrodziła się postać „Ochotniczki Helenki”. „Przeżywaliśmy w tym czasie – wspomina Z. Bohusz-Szyszko – ciężki kryzys, bowiem władze sowieckie sabotowały wykonanie umowy wojskowej, nie dostarczając broni, rynsztunku, sprzętu, żywności, a tyfus i malaria dziesiątkowały nasze szeregi. Rzesze naszej ludności cywilnej, napływającej bez przerwy ze wszystkich stron Rosji, głodowały i często musiały tygodniami koczować pod gołym niebem. Nie można było zapobiec wzrostowi napięcia nerwowego i niepokoju. Z dużą pomocą w tej sprawie przyszedł wówczas nasz teatr, a z nim razem i ochotniczka Helenka”. Stworzył ją Ref-Ren, a grała – Nina Oleńska. „Ochotniczka Helenka” była postacią komiczną, legendarną „pestką”, czyli kobietą-żołnierzem w fasowanych wielkich butach, za dużym battledressie i ze sterczącymi warkoczykami. Jej pojawienie się na scenie rozjaśniało twarze największych pesymistów. I szła wytrwale szlakiem polskiego żołnierza, z Rosji przez Persję, Irak, Palestynę aż do Włoch pod Monte Cassino i dalej na północ do Wielkiej Brytanii. Postać „Ochotniczki Helenki” i jej wybitna niepowtarzalna kreacja stworzona przez Ninę Oleńską przeszły do historii teatru polskiego.
 
W skład zespołu teatru Ref-Rena wchodziła również orkiestra jazzowa Henryka Warsa, a przewinęło się przezeń wielu znanych artystów: Jadwiga Andrzejewska, Renata Bogdańska (Anders), Weronika Ignatowicz (Bell), Nina Oleńska, Zofia Terne, Janina Jasińska, Klara Belska, Władysława Krukowska, Elżbieta Niewiadomska, Sława Ney, Hanka Wdowińska, Ludwik Lawiński, Konrad Tom, Adam Aston, Gwidon Borucki, Mieczysław Pręgowski, Stanisław Ruszała, Filip Ende, Feliks Fabian, Adolf Bożynski, Stanisław Belski, Mieczysław Malicz, Józef Bielawski, Jerzy Ney i wielu innych. Artyści „Polish Parade” codziennie dawali koncerty dla polskich żołnierzy, a także dla ludności cywilnej, młodzieży uczącej się w szkołach zakładanych na Wschodzie, wreszcie dla zaprzyjaźnionych wojsk, głównie brytyjskich. 
Z egzotycznych występów należy wymienić program pokazany szachowi perskiemu, regentowi Iraku oraz nieletniemu wówczas królowi w otoczeniu samych kobiet.
 
W wojsku polskim idącym długim i bojowym szlakiem po obcych lądach, narastała tęsknota za wielką pieśnią żołnierską, która by tę drogę upamiętniała. Generał Anders pytał czasem artystów, dlaczego nie powstała jeszcze pieśń wojskowa, która pozostałaby dla przyszłych pokoleń, jak francuska „Madelon” lub angielska „Tipperary”. 18 maja, po zwycięstwie nad Niemcami na Monte Cassino i w chwili genialnego natchnienia, napisał Ref-Ren najpiękniejszą piosenkę II wojny. Zaraz tej samej nocy Alfred Schutz skomponowal do niej muzykę, a cały zespół nauczył się jej na pamięć. Następnego dnia, pod murami zburzonego klasztoru i na stokach góry – zalanej makami i krwią żołnierzy ośmiu narodów – Gwidon Borucki zaśpiewał ją po raz pierwszy. Fenomen popularności tej pieśni, śpiewanej od blisko 60 lat przez miliony Polakow na całym świecie, jest niezwykły i czasem zdumiewał samych jej autorów.
 
Po wojnie Refrenowie osiedlili się w Londynie. Założyli swój własny teatr. Byli wszędzie tam, gdzie panował głód polskiej mowy i rozrywki. Ref-Ren pisał szybko, na czasie i z nerwem satyryka politycznego i może dlatego trafiał bezbłędnie i masowo do ówczesnego słuchacza. Swoje teksty ogłaszał czasem drukiem. Spektakle teatralne pokazywał zwykle w Ognisku Polskim. W salach starego „Orła Białego” otworzył  kawiarnię artystyczną „Piekiełko”. W Sekcji Polskiej Radia Francuskiego prowadził cykl popularnych audycji, współpracował także z Radiem Wolna Europa. W latach 1961-63 prowadził ZASP (Związek Artystów Scen Polskich). Refren nigdy do końca swego pięknego życia nie zaprzestał wyjazdów w teren, wierny przedwojennym ideałom artystycznym.
 
W 1965 roku, na zaproszenie swego krewnego, poety Zbigniewa Chałko, wyjeżdża na stałe do Chicago. Dla kilku milionów Polaków mieszkających w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, dla tysięcy towarzyszy broni oderwanych od polskiej ziemi, Ref-Ren śpiewał dalej. Wyśpiewywał ich tęsknoty, ból, radości, marzenia i sny, które się nie spełniły. Jego piosenki pisane prostym słowem i dyktowane szczerym sentymentem przywodziły na myśl ukochane miasta z Lwowem i Warszawą na czele. To dla nich, dla emigrantów, snuł: „Zapomniane miasteczko”, „Słoneczniki”, „Mazowiecki wiatr”, „Kwiaciarkę z Picadilly”, „Kataryniarza”, „Ta joj! Ta Lwów”. Ile ich napisał? W jedenej ze swych wydanych książeczek wspomnieniowych przyznaje się do dwóch tysięcy. Ale to było w 1961 roku, w epoce bezkomputerowej, Od tego czasu przybyło wiele nowych, kilka napisanych specjalnie dla dwóch ulubionych artystek: Renaty Bogdańskiej i Ireny Delmar. Prezes ZASP za Granicą stale zapraszała „Teatr Ref-Rena” na gościnne występy do Anglii. Zaproszenia płynęły też odwrotną pocztą i arytstów znad Tamizy – Malicza, Bogdańską, Zęciakiewicza, Delmar, Czaplickiego, Mierzanowską i Horwat – nie raz oklaskiwano w Kanadzie i UsA.
 
W styczniu 1983 roku zmarła w Chicago Nina Oleńska, wierna towarzyszkan życia i pracy Ref-Rena. Pamięci żony, wybitnej aktorki, poświęcił kilka programów rewiowych, w tym bardzo znany „Rozmowy z Niną Sekret życia piosenkarki i charyzmę sceniczną Oleńskiej próbował ująć w słowach:
 
Jakieś małe nic,
Jakieś drogie coś,
Tyle, co nam w sercu zostało...
Z sercem wzięło ślub,
Zrosło się na wskroś,
Spróbuj wydrzeć – już by się nie dało!...
Kwiaty zwiędłe, teksty zapomniane...
Echa braw, recenzje powklejane...
Wszystko jedno co,
Próżno temu przecz –
Nic – a taka najważniejsza rzecz!...
 
Na jubileusz półwiecza Ogniska Polskiego, Irena Delmar poporosiła Ref-Rena o napisanie specjalnego programu. Konarski podjął się tego z wielką radością, bo jak mówił, to on tak naprawdę, nigdy Londynu nie opuścił. 1 grudnia 1990 roku publiczność usłyszała swoisty monodram zatytułowany „50 lat! Czyli Ogniskowa saga”, w którym Ref-Ren raz jeszcze udowodnił, jakim jest niezrównanym kronikarzem emigracji, humorystą i magiem estrady.
 
Od chwili osiedlenia się w Chicago Feliks Konarski stał się najsławniejszą postacią Polonii Amerykańskiej. Występował, drukował w prasie, pisał sztuki i komedie, przygotowywał spektakle teatralne – wystawił dramat Karola Wojtyły „Przed sklepem jubilera” – nie odmawiał swego uczestnictwa w opłatkach, dożynkach czy akademiach. Przez 25 lat prowadził w Chicago, a także przez kilka lat w Nowym Jorku, swój własny program radiowy „Czerwone maki”, z którym zrosło się kilka pokoleń Polaków. Pierwszy tom wierszy zebranych wydał dopiero w 1972 i zatytułowal „Wiersze sercem pisane...”, kierując do czytelnika słowa: „Jeżeli czytając te wiersze wzruszysz się, to dlatego właśnie, że były one pisane ... sercem”
 
Był znaną osobistością nie tylko przez talent i twórczość, ale wyjątkowe dary charakteru. Skromny, szczery, nie goniący za reklamą miał coś ze średniowiecznego rybałta, oddanego sprawom muzyki i sztuki. Do ostatnich miesięcy życia występował w teatrze, który również w Ameryce nazywał się „Teatrem Ref-Rena”. Przez blisko 20 lat miał on swoją siedzibę w Szkole Św. Trójcy (na Trójcowie) w Chicago z widownią na 1200 widzów. W jego zespole występowało wielu świetnych artystów, 
a wśród nich: Zygmunt Kossakowski, Stefan Wicik, Monika Silvan, Barbara Kożuchowska, Bogusław Jerke, Julitta Mroczkowska, Barbara Denys, Ryszard Krzyżanowski, Zygmunt Szepet, Henryk Wawrzyczek, Liliana i Andrzej Piekarscy. Do wolnego kraju Ref-Ren nigdy nie pojechał. Zapraszano go gorąco i szczerze. A on planował, wahał się, wreszcie wyznaczył datę. Niestety, nie doczekał. 
A Warszawa gotowała  się na jego przyjęcie, które miał rozpocząć Wojciech Młynarski słowami:
 
Twe piosenki są sercem pisane
Jednym sercem, stęsknionym, gorącym
A piosenkę dla Ciebie, Ref-Renie kochany
Serc powinno napisać tysiące...
 
Feliks Konarski zmarł w Chicago 12 września 1991 roku. Został pochowany obok żony na Cmentarzu Maryhill w Niles.
 
                                                                                                               Opracowanie: Regina Wasiak-Taylor
 
 
 
 
Wspomnienia o Feliksie Konarskim (Ref-Renie)
 
Ryszard Mossin
Feliksa Konarskiego – Ref-Rena – poznałem jesienią 1942 roku w Kanakinie, na pustyni irackiej, w miejscu postoju dowództwa Armii Polskiej na Wschodzie. Od tej chwili losy teatru polowego, którym Felek kierował, i moje jako przyszłego korespondenta wojennego i oficera prasowego dowódcy 2. Korpusu, były ściśle związane przez to, że m.p., czyli miejsce postoju, jak to się w wojsku nazywało, teatrów polowych i kwatery prasowej było albo wspólne, albo mieściło się blisko siebie. (...) Nim poznaliśmy się bliżej, wiedziałem tyle tylko o Felku, że urodził się w Kijowie i jako czternastoletni chłopiec przedostał się do Polski z wycofującymi się z Kijowa wojskami polskimi i że był przed wojną w Warszawie początkującym aktorem.
W Iraku kierowana przez niego Polska Parada (Polish Parade) miała już za sobą sławę występów na dworze szacha w Teheranie i popularność wśród brytyjskich dyplomatów i dowódców, a niedługo miała zdobyć nowe laury występami przed królem Egiptu w Kairze.
Po wylądowaniu we Włoszech w zimie 1944 roku wszystkie teatry polowe, a były trzy: dramatyczny i dwa rewiowe, stały się nieodłącznymi towarzyszami walczących oddziałów. W czasie długo trwających przygotowań do natarcia na Monte Cassino i w czasie samej bitwy nie było bezpiecznego postoju nawet na linii tak zwanego drugiego odwodu (...). Ref-Ren docierał ze swym teatrem do wszystkich oddziałów na linii frontu, pisał wiersze, które rozgrzewały do walki i podtrzymywały ducha, sam je recytował, a jako aktor tworzył duet ze swą żoną Niną, występującą jako ochotniczka Helenka.
Kiedy 18 maja 1944 roku w dniu zdobycia Monte Cassino przez 2. Korpus schodziłem z tego szczytu w grupie korespondentów wojennych (wśród nich był Melchior Wańkowicz i Zdzisław Bau) i byliśmy ostrzeliwani przez Niemców, nie wiedzieliśmy, że w tym samym czasie, też może ostrzeliwani przez Niemców, Feliks Konarski, Ref-Ren pisał w namiocie słowa, a Alfred Schutz komponował muzykę do piosenki, która miała zdobyć nieśmiertelną sławę – „Czerwone maki na Monte Cassino”. Powstała ona w nastroju zwycięstwa, dumy z pierwszego odwetu nad Niemcami, w atmosferze zażartej walki i wspaniałego nastroju, w którym żyliśmy wszyscy  w okresie przygotowań do natarcia i tygodnia zwycięskiej bitwy.
Ref-Ren zdobył sobie ogromną popularność nie tylko „Czerwonymi makami”, ale i autorstwem wielu recytowanych przez niego utworów, będących jakby odpowiedzią na każde polityczne wydarzenie nas dotyczące. Prowadził teatr w Anglii po zakończeniu wojny, przyjeżdżał z nim na występy do Stanów Zjednoczonych. A gdy się tu osiedlił na stałe – jeździł z kolei na występy do Londynu, gdzie zawsze czekano na niego.
Był człowiekiem niespożytym – pisał, recytował, występował.

Elżbieta Warsowa w rozmowie z Różą Nowotarską
R.N. Czy pamięta pani Feliksa Konarskiego, Ref-Rena sprzed wojny, z Warszawy?
E.W. Słyszałam o nim, widziałam też w teatrzyku „Mignon” programy rewiowe jego układu. Ref-Ren był kierownikiem tego teatrzyku i doskonale sobie radził. Był człowiekiem wielkiej wyobraźni, niezwykle dowcipnym, umiejącym patrzeć na życie i na otoczenie z przysłowiowym dobrotliwym przymrużeniem oka. Mój mąż, Henryk Wars, spotykał się z Ref-Renem na gruncie zawodowym. Ref-Ren zwracał się do niego po różne rady. Ale przyjaźń zawiązała się dopiero podczas wojny, już po opuszczeniu przez nas i Konarskich (żoną Feliksa była Nina Oleńska) Związku Sowieckiego. Przeszliśmy razem przez Irak, Persję, Palestynę, Egipt, Włochy...  Henryk Wars i Feliks Konarski prowadzili razem „Polską Paradę”, tworzyli muzykę, słowa i kierowali przedstawieniami. Zespół „Polskiej Parady” został uznany za najlepszy spośród występujących dla wojska wszystkich teatrów (czołówek) alianckich. Ref-Ren i Wars napisali setki piosenek, melodii, skeczy... Obaj byli bardzo płodni i bardzo pracowici ... Pracowali harmonijnie, doskonale się twórczo rozumieli... Niestety, większość ich dorobku przepadła.
R. N. A po wojnie?
E.W. Losy nas rozdzielily. My osiedliśmy w Kalifornii, a Konarscy w Londynie. Moj mąż tworzył muzykę do filmow amerykańskich, a Ref-Ren z żoną zaangażowali się w działania polskiego teatru emigracyjnego.
R.N. Ale przyjaźń trwała?
E.W. Naturalnie. Przyjaźniliśmy się do ostatnich chwil Henryka, Niny, a teraz Feliksa. Ref-Renowie odwiedzali nas co roku. Przyjeżdżali najpierw z Londynu, a potem z Chicago, gdzie mieszkali i gdzie stworzyli teatr. Oni bez teatru nie umieli żyć.
R.N. Jaki był Ref-Ren w życiu codziennym?
E.W. Był kochany, nie zepsuty... Gdyby w latach wojny nie płacili mu za jego pracę, to chyba by umarł z głodu. Nie umiał zabiegać o pieniądze. Był artystą w każdym calu. Szkoda, że tacy ludzie nie żyją wiecznie. Szkoda też, że nie mógł  tworzyć we własnym kraju. Miał przecież talent, zapał, był pełen pomysłów, życia, humoru. Był wiecznie młody, sypał kawałami i bon-motami jak z rękawa. Miał cienki finezyjny dowcip. Kochał teatr. Mówił pięknym polskim językiem.
R.N. Czy wiedział, że jest śmiertelnie chory?
E.W. Wiedział. Swój los przyjmował spokojnie, powiedziałabym nawet – pogodnie. To był artysta wielkiej klasy i bardzo, bardzo dobry człowiek...
 
 
 
Andrzej Azarjew w  rozmowie z Różą Nowotarską
R.N. Kiedy Ref-Renowie, tzn. Feliks Konarski i Nina Oleńska, przyjechali na stale do Chicago?
A.A. W roku 1965...
R.N. I od razu wzięli się za teatr?
A.A. Najpierw, nie znając terenu, środowiska i zwyczajów, występowali na różnych imprezach okolicznościowych, ale z końcem lat sześćdziesiątych mieli już własny zespół – Teatr Ref-Rena. Gdyby więc liczyć, że pierwszy występ tego zespołu przypadł na rok 1970, to Teatr Ref-Rena działał bez przerwy przez dwadzieścia lat! Dał w tym okresie co najmniej pięćdziesiąt przedstawień.
Były to rewie, składanki, komedie muzyczne...
To był przecież główny genre Konarskiego. Ale nie ograniczał się tylko do lekkiej muzy. W 1972 roku wystawiono w Chicago „Skrzypka na dachu” w tłumaczeniu i opracowaniu Ref-Rena. W 1981 wystawiono sztukę Karola Wojtyły (wówczas już papieża Jana Pawla II) „Przed sklepem jubilera”,a później napisany przez Ref-Rena dramat pt. „Grudzień”. Feliks Konarski był twórcą wszechstronnym i jakkolwiek najlepiej się czuł w teatrze kabaretowym – bo taki miał temperament – to potrafił stworzyć dobry dramat, pisał wzruszające wiersze.
R.N. Ref-Ren prowadził w Chicago swój własny program radiowy. Czy z tego można żyć?
A.A. Przypuszczam, że nie można... Ref-Renowie nigdy nie narzekali, a jakie były ich – nazwijmy to – dochody – nie wiem. Nigdy o to nie pytałem. Nigdy nie było to tematem naszych rozmów. Jego program „Czerwone maki” cieszył się dużym wzięciem słuchaczy. Był lekki, sentymentalny, wspominkowy... Był bardzo ładny, jeśli to jest właściwe określenie.
 
R.N. Ref-Ren powiedział mi kiedyś, że istnienie stałego teatru uważa za niezbędną część życia kulturalnego na emigracji. Że jeśli ma przetrwać polski język literacki poza granicami kraju, to musi istnieć teatr... Nie tylko jako rozrywka, ale jako szkoła i jako wychowawca... Służył tej idei do końca...
A.A. Nie wiem, kto przejmie pałeczkę po Ref-Renie, ale wiem, że już toczą się rozmowy i podjęto jakieś starania, aby Taetr Ref-Rena utrzymać. W hołdzie dla twórcy i jako źródło polskości.
 
 
Julitta Mroczkowska
...Konarski był człowiekiem o niezwykłej witalności, niezwykłym uroku osobistym, a przy tym szalenie skromny. Aż za skromny. Wstydzący się swojej popularności. Zawsze miał lekki uśmieszek zażenowania, gdy ktoś mu składał gratulacje. Nigdy nie mówił podniesionym głosem. Bardzo delikatny, o wielkiej kulturze osobistej, o gromnym wdzięku. Uwielbiał ludzi i zawsze był nimi otoczony.
Refrenowie nie mieli dzieci i przyjaciele stanowili ich rodzinę. Należałam do grona najblizszych przyjaciół Ref-Rena, bo jako jego współpracownicy, my aktorzy spędzaliśmy mnóstwo czasu ze sobą. To był inny świat dla osoby urodzonej w powojennej i komunistycznej Polsce (...). Konarski i jego przyjaciele opowiadali mnóstwo o swoim życiu i tułaczce wojennej. To było spotkanie z przeszłością w najpiękniejszej formie. To była żywa historia, która była przekazywana nam z ust do ust.
Ref-Ren był niezwykle wrażliwym człowiekiem. Zainteresowanym każdym aspektem życia, polityką, zmianami społecznymi i moralnymi. Śledził uważnie wszystko, co się działo na świecie, a szczególnie w Polsce, bo za nią bardzo tęsknił, ale za tą przedwojenną, tej współczesnej Polski się bał. Mimo że był bardzo otwarty, miał szerokie kontakty z ludźmi, to bał się tam pojechać,  co wiele razy to wyrażał w swoich wierszach i piosenkach. Poźniej już po rządach komunistycznych, jak się zaczęła odwilż i uśmiechy władz w jego kierunku, obiecał, że tam pojedzie. Wojciech Młynarski przygotował piękne przedstawienie na jego cześć i koncert,
ale niestety nie doczekał.
Feliks Konarski zachorował na raka kości. Aktorzy przychodzili do niego do szpitala prawie codziennie, ale skrzętnie skrywano przed nim diagnozę, on sam nie chciał jej znać, próbował normalnie funkcjonować. Dopóki nie wiedzal, co mu jest, było ok. Ale jak tylko lekarz w szpitalu go poinformował, zrezygnował z walki i zapadł w śpiączkę, i wkrótce zmarł. Na krótko przed śmiercią, gdy jeszcze był przytomny, rozmawiałam z nim o wyjeździe do Polski, mówiłam, że musi nabrać sił. A on odpowiedział, że ma wrażenie, że już tam był, bo oficjalnie został tam zauważony. Miał poczucie spełnienia i odszedł spełniony, otoczony przyjaciółmi. Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale to nieprawda. Są. Ref-Ren był jednym z nich.

Zygmunt Nowakowski
Z pisarzy emigracyjnych tylko jeden zdobył nieśmiertelność. Jeśli nie nieśmiertelność,  to w każdym razie żywot bardzo, bardzo długi. Sto, może dwieście lat, może więcej.  O innych, nawet o wszystkich laureatach konkursów literackich, ba, nawet członków emigracyjnej akademii literatury, ludzie rychło zapomną, a jego pieśń ujdzie cało i śpiewać ją będą przyszłe pokolenia. On jeden już za życia dożył tej pociechy, że ta pieśń zabłądziła pod strzechy, do koszar, do szkół, do fabryk, na ulice miast, jak Polska długa i szeroka. Przejdą lata i wieki przeminą, pozostaną ślady dawnych dni, zostanie ta pieśń o Monte Cassino, o makach czerwonych niczym krople krwi...            
 
„Czerwone maki” zakwitły w nocy
Archiwalna, unikatowa rozmowa z Feliksem Konarskim, Ref-Renem (1907-1991).                          „Kronika Montrealska”, maj 2016, autor: Piotr Grajda, Toronto
 
Kolejna rocznica zwycięstwa pod Monte Cassino z 18 maja 1944, zbiega się w tym roku z 25. rocznicą śmierci Feliksa Konarskiego,  twórcy wielu popularnych piosenek, ale przede wszystkim autora słów nieśmiertelnej pieśni  „Czerwone maki na Monte Cassino”, która przez wielu uważana jest za drugi, nieoficjalny hymn Polski. Poniżej zamieszczamy fragmenty archiwalnego wywiadu, jakiego udzielił Feliks Konarski w 1989, a w którym między innymi opowiada o historii powstania sławnej pieśni…

Piotr Grajda: Cała Pana twórczość jest niezwykle romantyczna i sentymentalna. Skąd bierze się w Panu tyle liryzmu?
Feliks Konarski: Ludzie dzielą się na takich, co czują więcej lub mniej. Myśle, że należę do tych pierwszych – z natury jestem romantykiem. Poza tym, na tułaczym żołnierskim i emigracyjnym szlaku, dużo można było zobaczyć i przeżyć. Zawsze towarzyszyło mi w życiu wiele tęsknoty oraz łączącej się z nią nostalgii za ojczyzną i bliskimi ludźmi. Uczucia te bardzo wzmagają to, co nazywamy romantyzmem i sentymen -tem. Nigdy nie potrafiłem się zasymilować w stosunku do innych grup narodowościowych – całym sercem i duszą jestem Polakiem, a wszyscy Słowianie mają chyba przecież we krwi ten liryzm, o którym Pan wspomina. Przyznam, że niełatwo być romantykiem i żyć we współczesnym świecie. Ale mimo to, warto nim być! Sądze, że ludzie, którzy nie potrafią zdobyć się choćby na odrobinę sentymentu są pozbawieni pewnej wewnętrznej radości i ciepła. Żal jest mi ich z tego powodu.
P. G: Na Pana koncertach zobaczyć można sporo ludzi młodych. Jak Pan sądzi, dlaczego przychodzą oni na Pana występy ?
F. K: Myśle, że w wielu przypadkach przychodzą oni na koncerty, ponieważ po prostu słyszeli  o mnie od swoich rodziców lub dziadków. Są ciekawi tego jak wygląda i śpiewa człowiek, o którym opowiadają najbliżsi. Jednak wydaje mi się także, że wielu z tych młodych ludzi przychodzi na moje muzyczne przedstawienia dlatego, bo znajdują w nich coś innego – głębszego, bardziej sensownego i znaczącego niż to, co słyszą codziennie w radiu czy dyskotece. Zawsze bardzo starałem się, aby w moich piosenkach było nie tylko dużo ciepła i melodyjności, ale także sensu i prostoty, które najszybciej trafiają do słucha-cza. Myślę, że młodzi ludzie, gdy słyszą coś takiego, co bezpośrednio do nich przemawia, trafia do serca, nad czym nie muszą się zastanawiać, aby odnaleźć sens, to chwytają taką piosenkę szybko i jest ona im bardzo potrzebna. Przykładem takiej piosenki jest „Bilet do Lwowa”, którą śpiewa Renata Bogdańska (Irena Anders). Jest to piosenka mówiąca w sposób bardzo zwyczajny o tęsknocie i marzeniach – uczuciach, które są znane każdemu człowiekowi. Dzięki temu, potrafiła ona wzruszać do łez nie tylko polskich emigrantów i to właśnie bez względu na wiek. Współczesna muzyka mlodzieżowa oparta jest, w większości przypadków, na trzech – czterech ubogich akordach. Jak długo można słuchać wciąż tych samych lub podobnych dźwięków?!
P.G: Czy uważa Pan, że dzisiejsze młode pokolenie jest mniej romantyczne i wrażliwe, niż to Pana?
F.K : Smutne to, ale sądzę, że właśnie tak jest… Dzisiaj, młodzi ludzie otrzymują wszystko  od razu – wszystko jest im podane jak na tacy. Nie mają za czym tęsknić i marzyć. W jaki sposób może się zatem kształtować i rozwijać ich wrażliwość i romantyzm? Nie ma motywów, które mogłyby pobudzać rozwój tych cech. Poza tym, młode pokolenie, jakże często wychowuje się i dorasta obecnie w rodzinach, gdzie nie ma prawdziwej milości i rodzinnej więzi. Ma to niewątpliwie wpływ na ich psychikę, a zwłaszcza na poziom uwrażliwienia.
P.G : Napisał Pan setki piosenek. Jest wśród nich wiele niezapomnianych przebojów śpiewanych przez największe gwiazdy polskiego kabaretu, estrady i filmu – wystarczy wspomnieć, choćby takie nazwiska jak Hanka Ordonówna, Andrzej Bogucki, Mieczysław Fogg, Zula Pogorzelska, Eugeniusz Bodo… Jednak największą sławę przyniosły Panu „Czerwone maki na Monte Cassino”. Jak powstała ta pieśń?
F.K : Równocześnie z utworzeniem II Korpusu generała Andersa, powstał duży wojskowy zespół artystyczny pod nazwą „Polska Parada”. Występowało w nim wielu znanych przedwojennych artystów. Byłem w tej grupie także i ja. Niejednokrotnie dawaliśmy koncerty dla żołnierzy na samej linii frontu. Z bliska widziałem tragedię i grozę wojny. W pamiętny wieczór, 17 maja 1944, dzień przed wielką bitwą, występowaliśmy w pobliżu miasteczka Cassino. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że od bitwy która wkrótce ma się rozpocząć zależy nasz los i nasza przyszłość…
Gdy po występie, w pośpiechu wracaliśmy cieżarówkami na tyły, walka się już rozpoczęła – góra klasztorna dosłownie zionęła ogniem. Po przyjeździe na miejsce zakwaterowania  w położonym o jakieś 80 km od Cassino, Campobasso, mimo ogromnego zmęczenia, nie mogłem spać. Co chwilę podchodziłem do okna i patrzyłem na błyski artyleryjskiego ognia w oddali. Na ciemnym niebie tworzyły się od tych wybuchów ogromne białe smugi. W głowie miałem całe mnóstwo przeróżnych   myśli – chaos.
Położyłem sią na łóżku i zamknąłem oczy, zapadłem w półsen. I właśnie wówczas, nagle zaczęły mi się układać pierwsze linijki tekstu „…Czy widzisz te gruzy na szczycie/ Tam wróg twój się ukrył jak szczur/ Musicie, musicie, musicie/ Za kark wziąć i strącić go z chmur…” Zacząłem spisywać to, co układało się w myślach. Zanotowałem dwie zwrotki i zaraz potem, w środku nocy obudziłem Fredka (Alfreda Schutza). Byłem jak w gorączce. Pokazałem mu tekst i kazałem pisać muzykę. On patrzył się na mnie jak na wariata, ale usiadł przy pianinie… zaczęła układać się melodia – powstawała bardzo szybko i jakby bardzo naturalnie. Wkrótce potem obudziłem resztę zespołu i jeszcze w nocy zrobiliśmy pierwszą próbę…  Można by zatem powiedzieć, że „Czerwone maki zakwitły w nocy”… Na drugi dzień rano, około 9:00 wyjechaliśmy ponownie w kierunku Cassino… Po drodze, zbliżając się do wyznaczonego odcinka, ujrzałem samotny grób żołnierski – krzyż, a pod nim wiazankę czerwonych maków w łusce od pocisku. Pomyślałem sobie wtedy, ileż to nowych krzyży przybyło tylko w ciągu tej jednej nocy! Wyjąłem z kieszeni notes i jeszcze jadąc w ciężarówce dopisłem kolejną trzecią zwrotkę. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, dookoła schodzili się wyczerpani, zakurzeni i poranieni po nocnej walce żołnierze. W pobliżu nas było ich może 30-40… Wkrótce nadeszli też inni. Przyjechał generał Anders z oficerami i odbył się polowy koncert, aby uczcić zwycięstwo… Feliks Fabian na kawałku kartonu przybitego do kija napisał dużymi literami tekst refrenu „Czerwonych maków”, bo chcieliśmy, żeby żołnierze śpiewali z nami. A gdy już śpiewaliśmy, to łzy przeslaniały oczy absolutnie każdemu…
Pierwszym solistą, który śpiewał „Czerwone maki” był Gwidon Borucki. Potem jednak został on przeniesiony z naszej artystycznej grupy na inny odcinek frontu. W rezultacie, gdy w 1946 roku nadarzyła się pierwsza okazja nagrania tej pieśni na płytę, zaśpiewał ją w studio wytwórni płytowej w Mediolanie, Adam Aston. Znana jest także z tego okresu wersja Radia BBC, gdzie ostatnią zwrotkę Aston śpiewa po włosku.
P.G : Tego pierwszego wykonania „Czerwonych maków” na pewno nie da się zapomnieć, ale grupa teatralna II Korpusu czyli „Polska Parada” miała także wiele innych znaczących występów…
F.K : Dużo radości i artystycznej satysfakcji dostarczył mi udział „Polskiej Parady” w Festiwalu Muzyki Międzynarodowej w Rzymie w 1945 roku. Brało w nim udział wiele znakomitych alianckich zespołów wojskowych. Jednak mimo ogromnej konkurencji, „Polska Parada”  wybiła się na czoło i zdobyła pierwsze miejsce. Orkiestra Henryka Warsa, polscy soliści i prezentowany repertuar podobał się ogromnie. Dla całego zespołu był to niesamowity sukces, nie tylko artystyczny, ale także propa- gandowo-polityczny. O Polskiej Armii i jego zespole teatralnym zaczęto mówić bardzo dużo…
P.G : Jak potoczyły sie Pana losy po zakończeniu Drugiej Wojny Światowej i czym się Pan obecnie zajmuje?
F.K : Po demobilizacji, podobnie jak większość żołnierzy z Armii Andersa osiadłem w Anglii. Tutaj pisałem piosenki, wystawiałem w teatrze Ogniska Polskiego swoje programy, współpracowałem z Marianem Hemarem i innymi twórcami i artystami emigracyjnego życia kulturalnego. Przez pewien czas przebywałem także w Paryżu. Na początku lat ’60, razem  z żoną, Niną Oleńską wyjechałem do USA. Zamieszkaliśmy w Chicago. Założyłem tam kilkuosobowy „Teatr Ref-Rena”, który funkcjonuje do dnia dzisiejszego, wystawiając kameralne programy rewiowo-kabaretowe.
Przez cały czas pobytu w Stanach Zjednoczonych, ściśle współpracuję z wieloma środowiskami emigracyjnymi. Piszę piosenki, całe programy rozrywkowe, teksty powitań i pożegnań na te wielkie i te mniejsze okazje – miedzy innymi swoim specjalnym wierszem witałem Jana Pawla II, gdy przyjechał do Ameryki. Nie mam czasu się nudzić, zarówno jako twórca, jak i wykonawca.
P.G : Występował Pan w wielu krajach, przed różną publicznością… Czy miał Pan propozycje występów w Polsce i czy ma Pan kontakt z krajem?
F.K : Miałem takie propozycje i otrzymuję je nadal. Na przykład, ostatnio zwróciła się do mnie Telewizja Polska z propozycją zrobienia programu z moim udziałem. Jednak nie zgodziłem się na to. W życiu trzeba wybrać jedną drogę, mieć ustalony i klarowny punkt widzenia… Nie mam nic przeciwko temu, aby w Polskiej Telewizji lub w Radiu prezentowano moją twórczość, ale osobiście nie chcę podpisywać żadnych umów o współpracy z instytucjami, które są komunistycznymi agendami. Dlatego nigdy nie występowałem w powojennej Polsce i wydaje mi się, że już to nie nastąpi.
Mimo oddalenia od ojczyzny i tego, że nie mam już w Polsce żadnej rodziny, utrzymuję prywatny   kontakt z wieloma polskimi artystami… Niejednokrotnie spotykamy się, gdy oni goszczą na występach w Ameryce. Do osób takich należą między innymi: Mieczysław Fogg, Jerzy Połomski, Wojciech Młynarski, wykonawcy z „Kabaretu Dudek” z Edwardem Dziewońskim na czele i wielu innych. Moje myśli są zawsze bardzo blisko Polski i spraw, które jej dotyczą.
P.G : Panie Feliksie, co na zakończenie chciałby Pan ewentualnie powiedzieć swoim rodakom?
F.K : Oni wszyscy, chyba dobrze wiedzą, co chciałbym im powiedzieć, a jednocześnie czego chciałbym każdemu życzyć… Pogoda ducha to wielka siła, która pomaga żyć i sprawia, że świat jest lepszy. Żyjmy z uśmiechem na ustach i życzliwością w sercach, a będziemy się wolniej starzeć i mniej chorować!
Anglia – Londyn, lipiec 1989
Feliks Konarski: Czerwone maki na Monte Cassino
Czy widzisz te gruzy na szczycie?
Tam wróg twój się kryje jak szczur!
Musicie! Musicie! Musicie!
Za kark wziąć i strącić go z chmur!
I poszli szaleni, zażarci,
I poszli zabijać i mścić!
I poszli – jak zawsze uparci,
Jak zawsze – za honor się bić!
Czerwone maki na Monte Cassino,
Zamiast rosy piły polską krew.
Po tych makach szedł żołnierz i ginął
Lecz od śmierci silniejszy był gniew!
Przejdą lata i wieki przeminą,
Pozostaną ślady dawnych dni
I wszystkie maki na Monte Cassino
Czerwieńsze będą, bo z polskiej wzrosną krwi!
Runęli przez ogień straceńcy,
Nie jeden z nich dostał – i padł,
Jak ci z Somosierry szaleńcy,
Jak ci spod Rokitny sprzed lat.
Runęli impetem szalonym
I doszli. I udał się szturm.
I sztandar swój biało-czerwony
Zatknęli na gruzach wśród chmur!
 
Czy widzisz ten rząd białych krzyży?
To Polak z honorem brał ślub.
Idź naprzód – im dalej, im wyżej,
Tym więcej ich znajdziesz u stóp.
Ta ziemia do Polski należy,
Choć Polska daleko jest stąd,
Bo wolność krzyżami się mierzy,
Historia ten jeden ma błąd.
 
 
 
 
Ćwierć wieku, koledzy, za nami,
Bitewny ulotnił się pył
I klasztor białymi murami
Na nowo do nieba się wzbił.
Lecz pamięć tych nocy upiornych
I krwi, co przelała się tu –
Odzywa się w dzwonach klasztornych,
Grających poległym do snu!
 
(Ostatni ośmiowiersz został napisany w roku 1969-m w dwudziestą rocznicę bitwy o Monte Cassino.)
 
 
 
 
 
 
  
 
 
Feliks Konarski: Szli ...
 
Szli
Z twarzami szarymi jak popiół...
Z oczyma zapatrzonymi w przyszłość...
Każdy z nich bólem się opił...
Każdy cierpieniem nakarmił
Szli do Armii...
Z nogami owiniętymi w szmaty...
Pod niejednym ugięły się kolana,
Niejednemu zdrętwiały gnaty...
I zęby szczękały z mrozu...
W zawszonych łachmanach,
Szli...
Z odległych kołchozów,
I zatłoczonych ponurych miast,
Nie widząc słońca ani gwiazd,
Nie słysząc wichru złośliwego wycia,
Zmęczeni, głodni, bez życia –
Ale uparci, ale wierzący
W prawość Tej, której na imię Polska.
Szli
Do wojska!
Jeden za drugim, jeden za drugim
Szeregiem nie kończącym się, długim
Jak godziny męczarni,
Które za nimi zostały.
Szli
Do Armii!
 
Stłoczyli się przed budynkiem białym,
Jako stado spłoszonych zwierząt.
A każdy drżący, jak liść...
Czy mu uwierzą, że chce iść?
Że chce walczyć choćby z samym czartem!
To nic, ze gnębi go cynga!
To nic, że płuca ma zżarte!
Ale zginąć potrafi, gdy trzeba!
A jednocześnie usta pobladłe
Szepcą:
„Może ma pan ... kawałek chleba...?
Już trzy dni nic nie jadłem ...”
Suchy, nie milknący kaszel!
I nagle okrzyk: „Patrzcie! Wojsko nasze!...”
Przemknął za drzwiami zielony mundur,
Tłum zakołysał się, stłoczył,
Zabłysły zazdrością oczy,
Już wargi nie proszą o chleb...
Promień słońca nad głowami wystrzelił!
Cisza!
I w ciszy stłumiony szept:
„Boże ... żeby mnie tylko wzięli...”
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Feliks Konarski: Warszawo
 
Warszawo! Wymawiam imię Twoje święte,
Tęsknotą serce drga
I w oczach błyszczą łzy ...
I widzę piękno Twe
Mgłą wspmnień przesłonięte,
I czuję znów jak pachną
Łazienkowskie bzy ...
Warszawo! Przychodzisz często do mnie
I płoszysz z powiek sen
I każesz tęsknić mi
I w myślach żyjesz wciąż –
I trudno mi zapomnieć,
Że byłaś kiedyś treścią
Mych najszczęśliwszych dni!
Krwawe łuny znów po nocach płoną,
Ziemia drży pod gradem bomb...
Spójrz na te gruzy ... spójrz i nie mów nic.
Tutaj kiedyś był twój dom ...
Przez sześćdziesiąt nocy złych,
Nie żałując krwi
Będziesz bronił zgliszczy tych!
Aż nadejdzie dzień
Gdy zrozumie świat
Za coś walczył, za coś padł.
 
Warszawo! Wymawiam Twoje imię święte
I w oczach błyszczą łzy,
I sercem targa ból ...
I widzę mury Twe
Krwią żywą przesiąknięte –
A w murach tych karabin,
W którym nie ma kul.
Warszawo! Twe wielkie serce w gruzach leży 
A jednak bije wciąż
I wciąż ze śmierci drwi!
I każdy Polak wie
I każdy Polak wierzy,
Że TA, CO NIE ZGINĘŁA                                                                                                                                               
Wyrośnie z Twojej krwi.






Feliks Konarski: Taka sobie Helenka
 
Taka sobie Helenka
W takim sobie mundurze,
W którym kołnierz odstaje
I rękawy za duże...
Taka sobie Helenka,
Ochotniczka pocieszna ...
Taka karykaturka
Wzruszająca i śmieszna.
 
Ach wojenko, wojenko,
Cóżeś to za pani,
Że ci służą nie tylko
Chłopcy ci malowani –
Ale i te dorodne
Malowane panienki,
Te pokraki – w rodzaju
Takiej sobie Helenki?
 
Przyszedł z Anglii dalekiej,
Gdzieś w Londynie zrobiony,
Taki sobie niezgrabny
Battle-dresik zielony ...
Podrzucili Alianci
Przez sowiecką granicę
Taką sobie niezgrabną
Szwejkowatą spódnicę.
 
Mundurowy w składnicy
Do kompletu wyiskał
Takie sobie niezgrabne
Chaplinowskie buciska,
Które wdziała na siebie
Taka sobie panienka –
I w ten sposób powstała
Ochotniczka Helenka.
Taki wojak w spódnicy,
Taki żołnierz z PE-ES-KA,
Z warkoczykiem sterczącym
Jak ogonek u pieska.
Patrząc na nią – nie poznasz,
Przyjacielu mój drogi,
Czy ma dwa prawe buty,
Czy ma dwie lewe nogi?
Czy na widok jej płakać ,
Czy śmiać się do rozpuku?
Co za wojsko przedziwne
Robią w tym Buzułuku?
 
 
 
 
 
 
 
 
Feliks Konarski: Kolęda uchodźcy
 
W stajence na sianie – narodził się Bóg
A żłóbek mu służy za tron.
Pasterze i króle padają do nóg
I dary mu znoszą z wszech stron!
Ten i ów daruje – co ma
Ten i ów Dziecinie coś da.
Wszak to cud czekany od lat!
W cichą noc raduje się świat...
A moja Wigilia zasnuła się łzą,
A ja tylko błądzę we mgle...
Pasterze i króle przy żłóbku już są,
I wszyscy z darami – prócz mnie!
Najmilsza Dziecino, coż dać-bym Ci mógł?
Czy łzy pogubione na skraju mych dróg?
Czy serca tęsknotę bezbrzeżną Ci dam?
Bo to mi zostało... To wszystko ... co mam!
Bo gdybym na świecie swój własny miał kąt
I własny nad głową miał dach,
Do Ciebie mi byłoby bliżej, niż stąd
I nic bym nie wiedział o łzach...
Ziemi garść z Mazowsza bym wziął,
Zboża łan dla Ciebie bym ściął,
Rosy dzban uzbierać-bym mógł
I nieść do Twej stajenki przed próg.
Z warszawską kolędą przed żłóbkiem bym stał
Lub z lwowskim uśmiechem mogł przyjść,
I serce wileńskie z odpustu bym dał,
I wianek krakowski ... A dziś...
Najmilsza Dziecino, cóż dać-bym Ci mógł?
Czy łzy pogubione na skraju mych dróg?
Czy serca tęsknotę bezbrzeżną Ci dam?
Bo to mi zostało ... to wszystko ... co mam!
 
 
 
Feliks Konarski: Wigilia we Florencji
 
Zazdrościli mi ludzie, obcy – ale ludzie,
Że mam ubranie czyste, gdy oni tkwią w brudzie.
I, że mydłem się myję – trzeba czy nie trzeba.
Jem bułki, gdy im czasem brak czarnego chleba.
Zazdrościli mi ludzie, że mam buty całe,
Chociaż nogi w tych butach zmęczone, zbolałe...
Że palę papierosy, że jadam konserwy,
Że dżem i czekoladę fasuję bez przerwy!
Zazdrościli mi ludzie i zazdroszczą jeszcze,
Że nie muszę jak oni uciekać przed deszczem,
Bo mam płaszcz, rękawiczki... I, że w ciepłym swetrze
Nie marznę tak, jak oni i nie drżę na wietrze...
Ot, zwykła ludzka zazdrość, uczucie najprostsze.
Ja też nie jestem inny i też im zazdroszczę
Jednej jedynej rzeczy, skrycie, pokryjomu...
Że w  wieczór wigilijny są u siebie w domu!
 
 
 
 
 
 
 Feliks Konarski: Polskie dziecko
Spotkałem polskie dziecko. W New Yorku. Przypadkiem. W parku.
Podeszło, żeby godzinę sprawdzić na moim zegarku.
Lat miało sześć. Może osiem. I oczy, jak dwa bławatki.
Chłopiec z lnianymi włosami. W obejściu miły i gładki.
Ślicznie uśmiechnął się do mnie, z fantazją stuknął obcasem:
„My name is Peter” – powiedział i dodał, jakby nawiasem:
„I’m Polish”. Specjalnie wybił, podkreślił ostatnie słowo.
Polak?… Więc mówmy po polsku. Milcząco zaprzeczył głową. 
A potem spuścił oczy, wykręcił się na pięcie
I odszedł. Raz jeszcze za mną obejrzał się na zakręcie
I zniknął. A mnie na sercu zrobiło się jakoś smutno…
Tak jakoś przykro i dziwnie… Poczułem żałość okrutną. 
Widocznie człowiek do szpiku przesiąkł tą polską naturą
I głupi polski sentyment wciąż gdzieś tam nosi pod skórą…
Coś, co uciska na serce. Coś przez co łzawią się oczy…
A chłopiec taki był miły i wprost, jak rzadko uroczy. 
 
„I’m Polish” mu się wyrwało. Ot, losu złośliwość taka,
 Że akurat na mnie trafił, na upartego Polaka,
Któremu żal się zrobiło jasnowłosego chłopczyka
Przez to, że nikt go nie chciał nauczyć tego języka.
Jakim od lat dziesiątek ojcowie jego mówili
W jego dalekim kraju. I nagle, w tej samej chwili
Przyszło mi na myśl dzieciństwo, moje chłopięce lata,
Ta moja młodość cudowna, beztroska, bujna, skrzydlata,
I tkliwie matki spojrzenie, gdym po skończonej wieczerzy
Powtarzał za nią półgłosem słowa wieczornych pacierzy…
 
Dziękuję Ci, moja matko, żeś mnie nauczyła tej mowy,
Która rosą się perli na wrzosowiskach o świcie…
Która wierzbami szumi, pachnie lasem sosnowym
I stokroć jest piękniejsza, niż moje tułacze życie.                                                                                                             Która słowiczym trelem dźwięczy w majowe noce
Albo śpiewem skowronka ulatuje do nieba…
Która słońcem rozbłyska i gwiazdami migoce
I ma w sobie smak miodu i razowego chleba…
Która dźwięczy w klawiszach Szopenowskim mazurkiem
I hejnałem mariackim dni minione przyzywa,
A za młynem, za groblą, za zielonym pagórkiem
Pastuszkową fujarką smętne piosnki wygrywa…
Która mową Kościuszki była i Mickiewicza,
Z niej Dąbrowski się zrodził i Pułaski jenerał,
Co choć obce granice polską szablą wytyczał,
Lecz tą mową oddychał – dla tej mowy umierał.
A dziś ja, tak jak tamci – zakochany w tej mowie
Poprzez losu koleje świat przemierzam z nią razem.
I gdym nieraz bezradny stawał w drogi połowie
Ona mi przewodnikiem była i drogowskazem…
Wszędzie, wszędzie ją słyszę i odczuwam, i widzę,
 Od dzieciństwa nade mną rozbłyskuje, jak tęcza.
A, że znam ją i kocham – a że jej się nie wstydzę,
Żeś mnie jej nauczyła – Tobie, matko, zawdzięczam.
Wrócił chłopiec i przerwał dziwny tok moich myśli.
Usiadł przy mnie na ławce. Wiatr nad głową nam szumiał. 
Opowiadać zacząłem o Warszawie… o Wiśle…
 A on słuchał z przejęciem, choć niewiele rozumiał. 
I przesiedział tak ze mną długo. Pewnie do zmroku. 
Wstałem z ławki i rzekłem: „Czas nam iść, panie Piotrze…”
A on dojrzał widocznie głupią łzę w moim oku:
„Don’t cry…” – szepnął, i dodał: „I am Polak…” – i odszedł.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Feliks Konarski: Są ludzie...
 
Są ludzie tak szczęśliwi, że o nic nie proszą...
Są nieba wciąż błękitne, które chmur nie noszą...
Są lądy nie znające zimy, ni jesieni...
Są rzeki, w których woda szmaragdem się mieni ...
Są drzewa, których zieleń staje się okrutna...
Są ptaki kolorowe, jak Tycjana płótna...
Są miasta wiecznie białe lub wiecznie złote
Skazane od powicia na słońca spiekotę!
I ja bym chcial już wreszcie spojrzeć raz do góry
I ujrzeć szare niebo, na nim szare chmury –
I z tych chmur, żeby deszczu szare krople błysły,
A tuż u stóp zmęczonych szare fale Wisły.
Szarym jesiennym rankiem iść przez Marszałkowską,
Pod szarym niebem usiąść ze swą szarą troską.
Znów znaleźć się, jak dawniej, w szarych wróbli tłumie
 Ja – szary , prosty człowiek!...
A świat nie rozumie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Feliks Konarski: Tylko tam
 
Wędrujesz po świecie
I patrzysz – czegoś ci brak.
I myślisz, że tam gdzieś
To wszystko wygląda nie tak.
Choć tutaj są ludzie
I domy, i słońce, i wiatr –
A jednak to wszystko,
To inny, odmienny jest świat.
Tylko tam
Słońce świeci inaczej niż tu.
Tylko tam
Słowik śpiewa piosenki do snu.
W jasną noc
Księżyc puka dyskretnie do bram.
Tylko tam każdy z nas
Nie był smutny i sam.
Tylko tam
Wisła bije falami o brzeg.
Tylko tam
Są konwalie i śnieg,
Wiosna kwitnie jaśminem,
A jesień pachnąca jak kwiat.
Tylko tam
Jest twa młodość, twe szczęście, twój świat
W Łazienkach łabędzie
Są białe i biały jest bez.
Na Plantach wiewiórka
Dzieciarnię rozśmiesza do łez.
Park Stryjski rozbrzmiewa piosenką,
Znasz dobrze jej treść.
Na Górze Trzech Krzyży
Kukułka ukryła się gdzieś.
 
      Tylko tu
Wszystko obce i inne , niż tam.
Tylko tu
W tłumie ludzi obijasz się sam.
Dzień po dniu
Mija wolno i dłuży się czas.
Tylko tutaj co noc
Myśli lecą do gwiazd.
Tylko tu
Tak ci żal dawnych lat, dawnych dni.
Tylko tu
Stale Polska się śni.
I powracasz w tym śnie
Do zburzonych kamienic i bram.
Tylko tu
Serca bija tak samo jak tam.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Feliks Konarski: Bajka o wróbelkach
 
Spotkaly się dwa wróbelki,
Jeden mały – drugi wielki.
Nie za wielki  – większy trochę.
Oba szare, oba płoche,
Oba  były po śniadanku –
Siadły zatem na krużganku,
Bo wróbelek, gdy nie dziobie,
Lubi poplotkować sobie.
Ale z plotek nic nie wyszło,
Bo, gdy do ćwierkania przyszło,
Wówczas ten wróbelek mniejszy
Jako że był nietutejszy
Po angielsku nie rozumiał,
Bo po polsku ćwierkać umiał.
A ten większy też niemowa,
Bo po polsku ani słowa.
Więc skończyło się ćwierkanie,
które obaj mieli w planie.
Większy ćwierknął od niechcenia:
„Good bye” – mniejszy: „ Do widzenia”.
I w dwie strony odleciały,
I ten większy i ten mały.
Prosty morał stąd wynika
Dla Polaka i Anglika:
Że dobrze umieć jest czasami
Ćwierkać dwoma językami.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Feliks Konarski: To takie jasne i proste
Fragment
 
To takie jasne i proste.
Takie zwyczajne – wiecie.
Różnych sposobów na szczęście
Szukacie po całym świecie.
 
Chodzicie jak w malignie,
Jak zahipnotyzowani…
A szczęście jest niedaleko –
W was samych, moi kochani!
 
Pan Bóg te wszystkie sprawy
Wyjaśnił wiele lat temu
Dokładnie i szczegółowo.
I wytłumaczył każdemu,
 
Że szczęścia nie trzeba szukać,
Że ono w sercu się mieści –
Nie w złocie i nie w pieniądzu,
Który banknotem szeleści.
To takie jasne i proste:
Bądź skromny, dobry, uczciwy!
Człowiekiem bądź – a zobaczysz
Jaki ty będziesz szczęśliwy!
 
Pan Bóg to dawno powiedział
Do wszystkich ludzi na świecie –
Tylko, że wy Pana Boga
Wciąż jakoś słuchać nie chcecie.
 
To takie jasne i proste
Takie zyczajne – wiecie.
Różnych sposobów na pokój
Szukacie po całym świecie.
 
 
 
 
I tu, i tam, i gdzie indziej
Milion pomysłów się rodzi!
Wciąż o pokoju mówicie –
A wciąż wam wojna wychodzi!
A Pan Bóg te wszystkie sprawy
Wyjaśnił dawno ludzkości:
Że pokój – pokój prawdziwy,
To tylko kwestia miłości!
 
To tylko „nie zabijaj”.
To tylko „kochaj bliźniego”.
I już masz pokój – sam w sobie.
Czy może być coś prostszego?
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Feliks Konarski: Hosanna
 
Wielkanoc! Lśni wiosenne słońce
Ożywczym złocąc świat promieniem!
Zwycięstwo życia i radości
Nad śmiercią, smutkiem i zwątpieniem!
 
Święto miłości i pokoju,
Kiedy to człowiek stał się Bogiem,
Kreśląc znak krzyża w każdym sercu
I przed każdego domu progiem!
 
Hosanna! Nucą aniołowie!
Hosanna! Ptak w obłokach śpiewa!
Hosanna! Grają w polu dzwonki!
Hosanna ! Liściem szumią drzewa!
 
Miłość silniejsza ponad wszystko
I to, co smutkiem i żałobą
Do wczoraj było – dziś jest szczęściem
I odkupieniem. Pokój z tobą.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Feliks Konarski: Nie rozumiemy (Ninie)
 
Życie od wiatru szybciej leci,
Od rzeki szybciej płynie czas.
A my jak rozbrykane dzieci,
Które oślepił słońca blask.
I jakże często wśród kłopotów,
Radości i codziennych trosk –
Nie dostrzegamy tego szczęścia,
Które w podarunku dał nam los.
 
Nie rozumiemy wielu rzeczy,
Dopóki kogoś nie stracimy.
Dopiero wtedy doceniamy
Przeszłe jesienie, wiosny, zimy,
Gdy ktoś  był przy nas ... obok nas
Nie rozumiemy słów najprostszych,
Spojrzeń rzucanych po kryjomu
Dopiero wtedy, gdy zabraknie
Czyjegoś szeptu w naszym domu,
Gdy ktoś był przy nas ... obok nas.
 
Mówią, że czas najlepszy lekarz –
Lecz ty już czasu mało masz.
I sam już nie wiesz, na co czekasz
I w którą stronę zwrócić twarz?
Bo jeśli nawet w przyszłość spojrzysz,
Pragnąc odnaleźć życia sens,
To zanim nowe szczęście dojrzysz,
Przeszłość wypływa łzą spod rzęs.
 
Nie rozumiemy wielu rzeczy
Dopóki ktoś nam nie ubędzie.
Wtedy minione wskrzesić chcemy
I tamtych dni szukamy wszędzie,
Gdy ktoś był przy nas ... obok nas.
Za powrót jednej z dawnych chwili
Oddalibyśmy skarby wszystkie
Dopiero wtedy, gdy zabraknie
Tej jednej twarzy-drogiej-bliskiej –
Gdy była przy nas ...obok nas.                                                                                    Styczeń, 19
 
Feliks Konarski: Refleksje
( Na 25-lecie bitwy o Monte Cassino)
 
Jaka prawdę wyczytasz
Z tych mogił stojących rzędem?
Czy bitwa ta była potrzebna?
Czy szaleństwo to było błędem?
 
Jaką mądrość wysnujesz
Z tych krzyży szeregów niemych,
Wśród których zamarły słowa:
„ Nie wszyscy – ale dojdziemy”.
 
Czy warto było pokotem
Kłaść się na zboczach i graniach?
I krew przelewać, gdy nikt już
Nie wierzył w „cud Zmartwychwstania”.
 
Gdy znikły resztki nadziei –
A w dali – z pod Teheranu
Ponury zgrzyt dolatywał
Nowych moskiewskich kajdanów?
 
Czy warto było? Kto dzisiaj
Na to pytanie odpowie?
Czy krzyże, które zostały
Jak wyrzut – na drogi połowie?
 
Czy pieśń sławiąca zwycięstwo,
Że „poszli, uparci, szaleni”?
Czy maki, które tu kwitną
Kolorem krwawej czerwieni?
 
Sa zawsze tacy szaleńcy,
Zdobiący Kossaków płótna.
Z pod Stoczka i z pod Racławic,
Z pod Westerplatte i Kutna!
 
 
 
Z pod Arnheim i z pod Tobruku,
Starówki i Mokotowa,
Po których w spadku zostaje
Legenda pozagrobowa.
 
Są zawszee tacy szaleńcy,
Spadkobiercy tej polskiej doli,
Którzy wolą umrzeć wolnymi,
Których śmierć wyzwala z niewoli!
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego